Drugie swoje małe wydawnictwo panie nagrały, a następnie wydały całkowicie same. "Primitive" jest więc rzeczą totalnie garażową, a z bluesa przechodzi w zadziorny rock'n'roll. Przyszłe płyty miały się okazać czymś pomiędzy "Primitive" a debiutem. Nie, te zdjęcia na górze to nie okładka.
1. Could You Be My Man 2. All Alone 3. Johnny Johnny 4. Telephone 5. Blue As I Can Be
http://www.megaupload.com/?d=HUP5PQWN 20.88 mb
[płytę posiadam dzięki www.cosmozebra.blogspot.com]
Nazwa kapeli wzięta z piosenki Howlin' Wolfa. Znowu, po Gories, blues bez basu. Jego brak rekompensuje uroda dwóch pań składających się na cały zespół. No dobra, umiejętności. Grały - ze dwa, trzy lata temu się rozeszły - minimalistycznie i psychodelicznie. Czasem brudno i zadziornie, ale na tej płycie pazura jeszcze niewiele. To ich debiut, porażający niesamowitym, pustynnym klimatem (stoner?!). Kojarzy mi się ze starym dobrym kinem drogi. Tara udziela się obecnie w garage punkowych Turpentine Brothers. Margaret z kolei przez chwilę zasilała szeregi Tennesee Tearjerkers, kapeli Jacka Yarbera z Oblivians. Obecnie gra solo (jako Margaret Airplane Man) i tworzy muzykę do swojej macierzystej kapeli podobną, ale miksuje ją jeszcze z elektroniczną muzyką transową. Gdzieś niedługo jej debiutancki album ma wyjść. Przyznam, że kiedy słucham tej płyty, to mam problem w dobrnięciem do końca. Ale tylko dlatego, że nie mogę się powstrzymać, by nie słuchać pierwszych czterech utworów w kółko.
1. Baby 2. Moanin' For My Baby 3. You Lefr Me Cold 4. Highway 5. My Hand 6. Sun Sinkin' Low 7. Rain So Hard 8. Jesus On The Mainline
http://www.megaupload.com/?d=9MBNS3LZ 31.7 mb
[płytę posiadam dzięki www.cosmozebra.blogspot.com]
Jednak rację mieli ci, którzy twierdzili, że Król nie żyje. Ale to nie znaczy, że jest z nim źle - robaki jeszcze nie wszystko wyżarły i Elvis tworzy dalej. Wprawdzie już tylko z podziemia, do tego duńskiego, ale za to rockabilly łączy z nieraz punkowo brzmiącym trash bluesem, a i teksty pisze ciekawsze niż kiedyś (tytuły mówią same za siebie). Przed wami nieoficjalny zbiór jego singli i kawałków z różnych składanek. Nic więcej napisać póki co nie mogę, bo to również bardzo świeże odkrycie. I również ukradzione z Nothing But Trash, tyle że dodałem okładki singli. Niejedną truposzkę na to wyrwiecie, gwarantuję.
1. Fifty Gallon Drum 2. Monster Under The Bad 3. I'm Walking 4. Primitive Blues 5. Deadest Girl In Town 6. Rip Baby 7. Out Tonight 8. Get Outta My Grave 9. Six Feet Under Ground 10. Cold Heart Of Mine 11. Tired Of Hell 12. Shake 13. Long Gone Dead And Done 14. Deadman
A oto jednoosobowa śmieciarska orkiestra z piekła rodem (tudzież z Urugwaju), którą poznałem dosłownie dwadzieścia minut temu. Oczywiście moją uwagę przykuła doprawdy interesująca okładka, ale szybko okazało się, że i muzyka jest niczego sobie. Już po pierwszym przesłuchaniu widziałem, że piekielne dźwięki tego zamaskowanego badass motherfuckera muszą się tu znaleźć. Pięć około jednominutowych kawałków dla fanów tanich knajp.
Ten nieistniejący już niestety amerykański zespół cierpi z powodu popularności ekipy Brytyjczyków o takiej samej nazwie. Pierwszy lepszy przykład, przez który serce krwawi: www.last.fm, gdzie profile obu kapel są ze sobą wymieszane, a na obu znajdują się zdjęcia tylko Brytyjczyków. W każdym razie Amerykańce grali trash blues najwyższej klasy. Pierwsza beztytułowa płyta, to chyba najbardziej przesterowany, agresywny i wreszcie upiorny blues jaki w życiu słyszałem. No lub jeden z kilku takich. Druga, którą mam nadzieję zaraz przesłuchacie, okazała się ogromnym zaskoczeniem, choć typowym dla wielu kapel. Panowie zrezygnowali z nadmiernego hałasowania na korzyść chwytliwych melodii, a wokalista nauczył się całkiem nieźle śpiewać. Okazało się, że mają talent nie tylko w robieniu możliwie największego burdelu i jakby ich odpowiednio wypromować, to złamali by niejedno serce. Zapewne spora w tym zasługa najbardziej twórczego z ex-Obliviansów, Grega Cartwrighta, który tę płytę wyprodukował. Są tu dwa masakryczne trashowe kawałki przypominające o pierwszej płycie, a cała reszta to zwrot w stronę bardziej tradycyjnego grania. I mam tu na myśli nie tylko blues - czy bluesrock - ale i zadziorny rock'n'roll. Lub ewentualnie coś pomiędzy ("Too Far Gone"! mój ulubiony kawałek). Bez dwóch zdań bardzo rozwinęli się i udowodnili, że też potrafią tworzyć przebojowe killery. Ale bez obaw - ci goście nigdy nie wyszli z garażu i płyta śmierdzi niedoskonałością jak trzeba. Nazwa zobowiązuje.
1. Swoop Down 2. Sooner Or Later 3. Briar Patch 4. Hope's Blues 5. Karen 6. Dragger's Rant 7. Three Scale Burden 8. Block Of Wood 9. Shake Your Shit 10. When I Get Home 11. Too Far Gone 12. Chain Reaction 13. My Heart Can't Hold Water
Kolejne popierdolone oryginały, których zabraknąć tu nie mogło. Ci niepozorni maniacy taniego alkoholu, palenia ganji, obnażania się i bicia między sobą na koncertach, to królowie współczesnego garage rocka. Mówi się o nich, że to nowe wcielenie The Germs i wydaje mi się to całkiem trafnym stwierdzeniem. Granie często niechlujne i chaotyczne, pełne brudu i fałszujących śpiewów, które nazwali flower punkiem (tak, tak, kochają przećpaną psychodelę). Z czasem zaczęli iść w stronę bardziej melodyjnego, "czystszego" (choć równie zakręconego) grania, ale o tym może innym razem. Mnie najbardziej interesuje ich najbrzydsze oblicze. "We Dit Not Know..." to ich najostrzejsze, najbardziej pankowe (niekoniecznie gatunkowo) wydawnictwo, choć paradoksalnie (?) najbardziej spójne - no po zabójczo naspidowanej koncertówce "Los Valientes Del Mundo Nuevo", która na sto banków prędzej czy później się tu pojawi. Ale że nie taki diabeł straszny, nie bójcie się tu jakichś ekstremalnych czadów, bo to po prostu brzydko zagrany, hałaśliwy rokendrol i blues, z gratisowym pankrokiem tu i ówdzie. W każdym razie jest to 100% trash garage. Czy się wam spodoba czy nie - rozjebie wasze móżgi.
1. M.I.A. 2. Time Of The Scab 3. Down Of The Age Of Tomorrow 4. Nothing At All 5. 100 New Fears 6. Stranger 7. Juvenile 8. Notown Blues 9. Ghetto Cross 10. Jumpin' Around 11. Super X-13
A to trochę mniej znany zespół, choć chyba najbardziej zapracowany koncertowo. A na pewno warty poznania. Jak w Oblivians, mamy tu trzech muzyków zmieniających co chwilę swoje funkcje. I każdy preferuje trochę inny rodzaj muzyki, także utwory przez nich wykonywane różnią się gatunkowo. "Souls On Fire" to ich drugi album. Co ostrzejsze i brudniejsze utwory trochę odstają, ale ogólnie jest to bardzo spójna płyta. Płynnie przechodzi z przebojowego rock'n'rolla w garażowy blues czy nawet country i soul (spotkałem się z określaniem ich muzyki jako punk & soul). Sam country nie cierpię, ale tutaj nie mam większych zastrzeżeń - czasami tylko jest zbyt melodyjnie jak na mój zwyrodniały gust. Całość naprawdę przyjemna, szybko wpada w ucho i wydaje mi się idealna na rozkręcanie drętwych imprez.
1. Dead End Kids 2. Souls On Fire 3. It Ain't Enough 4. Don't Ya Leave Me 5. Hit Me 6. Keep Driving 7. Crack Whore Blues 8. Dolly 9. Superstar Chevrolet 10. You Can't Touch Her 11. Skronky Tonk 12. Art School Dropout 13. Love Ya Rock'N'Roll 14. Can't Drive You 15. Shouldn't Call Your Man A Fool 16. Gambling Fool