Ta płyta to być może jeden wielki szwindel. Największe pojeby współczesnego garażu pojechały do Tijuany dać koncert, który został zarejestrowany i natychmiast wydany. Podobno. Wielu krytyków i muzyków twierdzi, że to bzdura, że ta płyta musiała zostać nagrana w studiu, bo brzmi zwyczajnie za dobrze. Świetnie zagrane i świetnie nagrane, prawie nie słychać oznak zmęczenia "czarnoustych". Dla mnie ważne jest to, że "Los Valientes" rozpierdala, od początku do samego końca. Jest kilka przystanków na spokojniejsze granie, ale ogólnie to kurewsko przebojowy czad. Kawałki, które na (oficjalnie;]) studyjnych płytach były naprawdę brudne i ostre, tu zostały zaserwowane zaskakująco skocznie i przyjemnie. Inne, które wcześniej najwyżej bujały potencjalnych słuchaczy, tu są niezwykle energicznie wykonane (np. "Juvenile" - wcześniej leniwy blues, teraz szybki rock'n'roll). Można wyskoczyć z butów. "This gonna be the best live record ever!" - krzyczy do domniemanej publiczności jeden z muzyków i nawet jeśli jest to zwykłe oszustwo, to trzeba przyznać, że bardzo przekonujące.
1. M.I.A. 2. Boomerang 3. Sea Of Blasphemy 4. Stranger 5. Not A Problem 6. Hippie, Hippie, Hoorah 7. Boone 8. Everybody's Doing It 9. Fairy Stories 10. Dirty Hands 11. Buried Alive 12. Juvenile
W 1994 wyszedł debiutancki ośmioutworowy mini-album Obliviansów. Ale nagrano więcej utworów, a Oblivians mieli jeszcze na sesje do Sympathy wracać. Tak więc to wydawnictwo to owy mini-album pt. "Oblivians" a.k.a "Never Enough" + reszta kawałków (w tym EPka "Six Of The Best" i singiel "Kick Your Ass"). To typowy dla nich przekrój muzyczny, od prostego pankroka przez garażowy blues po czystej wody rokendrol. Brudne to granie, ale i przebojowe. Płyta wyjątkowo spójna i zdecydowania warta poznania. Zresztą wydaje mi się, że może ona podejść ludziom, którym nie podobają się ich inne wydawnictwa. Trochę mniej tu typowego dla nich kombinowania, za to chyba całkiem dużo łatwo wpadających w ucho melodii.
1. Can't Take Another Night 2. Happy Blues 3. Never Enough 4. Feel Real Good 5. Plate In My Head 6. Five Hour Man 7. Shut My Mouth 8. Show Me What You Like 9. Clones 10. No Time 11. What Rocknroll Is All About 12. Memphis Creep 13. Something $ Nothing 14. Big Black Hole 15. Can't Afford You 16. Kick Your Ass 17. No Butter For My Bread 18. Show Me Again
Na tych Kanadyjczyków natknąłem się przypadkiem w necie gdzieś w roku 2005. Był to ledwo założony zespół, tak podekscytowany swoim istnieniem, że co jakiś czas wrzucał do sieci nagrania ze swoich prób. No i nie da się ukryć, że ta banda amatorów mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła. Przebojowy, punkowy rock'n'roll inspirowany moimi ulubieńcami, naprawdę przyzwoicie zagrany. Szybko zacząłem im kibicować i czekać na kolejne wieści z frontu. Wreszcie po ok. roku czasu ukazała się informacja, że kolesie wchodzą do studia, szykuje się debiutancki singiel! No i nagrali go, ale mała niezależna wytwórnia, która miała go wydać, niespodziewanie upadła. A chwilę później rozpadł się i sam zespół. Wrzucili do neta swój niewydany debiut i pożegnali się z rokendrolem. Dziś przypomniałem sobie o nich (nie pierwszy raz) i postanowiłem wrzucić owy singiel na Trash Garage, bo przecież pasuje tu idealnie. Ale brakowało mi okładki i nie mogłem sobie przypomnieć w jakim to roku miało być wydane, tak więc postanowiłem pogrzebać w sieci. No i wchodzę na ich myspace i co widzę? Subatomics się właśnie reaktywują, a do odsłuchania już nowy utwór. No kurwa, takie zbiegi okoliczności to lubię. Oceńcie sami.
http://www.myspace.com/thesubatomics
1. Drive Me Wild 2. I Don't Know What To Say 3. Walk On 4. What You Waitin'For
Ten nieistniejący już niestety amerykański zespół cierpi z powodu popularności ekipy Brytyjczyków o takiej samej nazwie. Pierwszy lepszy przykład, przez który serce krwawi: www.last.fm, gdzie profile obu kapel są ze sobą wymieszane, a na obu znajdują się zdjęcia tylko Brytyjczyków. W każdym razie Amerykańce grali trash blues najwyższej klasy. Pierwsza beztytułowa płyta, to chyba najbardziej przesterowany, agresywny i wreszcie upiorny blues jaki w życiu słyszałem. No lub jeden z kilku takich. Druga, którą mam nadzieję zaraz przesłuchacie, okazała się ogromnym zaskoczeniem, choć typowym dla wielu kapel. Panowie zrezygnowali z nadmiernego hałasowania na korzyść chwytliwych melodii, a wokalista nauczył się całkiem nieźle śpiewać. Okazało się, że mają talent nie tylko w robieniu możliwie największego burdelu i jakby ich odpowiednio wypromować, to złamali by niejedno serce. Zapewne spora w tym zasługa najbardziej twórczego z ex-Obliviansów, Grega Cartwrighta, który tę płytę wyprodukował. Są tu dwa masakryczne trashowe kawałki przypominające o pierwszej płycie, a cała reszta to zwrot w stronę bardziej tradycyjnego grania. I mam tu na myśli nie tylko blues - czy bluesrock - ale i zadziorny rock'n'roll. Lub ewentualnie coś pomiędzy ("Too Far Gone"! mój ulubiony kawałek). Bez dwóch zdań bardzo rozwinęli się i udowodnili, że też potrafią tworzyć przebojowe killery. Ale bez obaw - ci goście nigdy nie wyszli z garażu i płyta śmierdzi niedoskonałością jak trzeba. Nazwa zobowiązuje.
1. Swoop Down 2. Sooner Or Later 3. Briar Patch 4. Hope's Blues 5. Karen 6. Dragger's Rant 7. Three Scale Burden 8. Block Of Wood 9. Shake Your Shit 10. When I Get Home 11. Too Far Gone 12. Chain Reaction 13. My Heart Can't Hold Water
A to kapela z Kanady. Miałem wrzucić któryś z ich dwóch studyjnych albumów, ale niestety przepadły z powodu pewnej awarii. Także wrzucam pośmiertny składak kawałków singlowych i odrzutów, który właściwie jest moim ulubionym ich wydawnictwem ze względu na większą ilość brudu i pankowych korzeni. Les Sexareenos grali roztańczonego rock'n'rolla, który każdego zgonującego właśnie pijaka przywróciłby do pionu, that's for sure. Człowiek słucha tego i jedyne na co ma ochotę, to skakać i tańczyć, skakać i tańczyć, a także skakać i tańczyć. Najlepiej w towarzystwie jakiejś niekoniecznie wyimagowanej pin up girl. Zajebiście chwytliwe melodie i pozytywny power, którym ożywić by można niejednego zombiaka. Czyżbym się powtarzał? Dodam tylko, że jednym z członków tego zacnego zespołu był koleś znany głównie jako Mark Sultan, późniejszy lider jednoosobowej załogi o nazwie BBQ. Którą w skrzyżowaniu z Kingiem Khanem niedługo tu wrzucę. A póki co - Everybody Sexareeno!
1. Wild Wild Wild 2. Leave Me Alone 3. Everybody Sexareeno! 4. Let's Go 5. Ruby D 6. I Can't 7. Girl 8. Mojo Workout 9. Out To Sea (Alternate Take) 10. Work For Run 11. Way That You Work 12. Lights Out 13. We Gonna Ball 14. Why Why Why 15. Journey To Tyme (Alternate Take) 16. I Found You 17. Boys Are Boys 18. Sorority Girl 19. Roses Are Red 20. Carolina, Yeah! 21. Go Away 22. Take It Off 23. All The Kids 24. Without Your Love 25. Don't Need You No More 26. I Need You There 27. Little Bit O' Soul 28. White Light, White Heat (Live)
April March to sympatyczna laska, której sławę tu i tam przyniósł rokendrolowy utwór pt. "Chick Habbit" (znany choćby z filmu "Death Proof"), a która na co dzień porusza się po terenach old skulowego poprocka (or something). The Makers to już niemłodzi pankowcy siedzący w undergroundowym rokendrolu, którzy pewnego pięknego dnia ją przypadkiem poznali. Ta płyta to specyficzny "tribute to The Makers", bowiem sami przerobili swoje kawałki zapraszając pannę Marzec do mikrofonu. Trzeba zaznaczyć, że odświeżenie wyszło im bardzo udane, a przebojowa kokietka powinna moim skromnym na stałe przerzucić się na takie klimaty. Marnuje się bidula w tym swoim popie, jej słodki wokal pasuje tu idealnie. A na pewno jest lepszy od wokalu Mike'a Makera (ups!). Przed wami niecałe 20 minut szybkich hiciorów na każdą okazję.
1. Dreams Don't Come True 2. I Just Might Crack 3. Try To Cry 4. Sometimes, Sometimes 5. Sad Little Bug 6. Explosion 7. I'm Alone 8. Let Him Try 9. Bust Out
Kolejne popierdolone oryginały, których zabraknąć tu nie mogło. Ci niepozorni maniacy taniego alkoholu, palenia ganji, obnażania się i bicia między sobą na koncertach, to królowie współczesnego garage rocka. Mówi się o nich, że to nowe wcielenie The Germs i wydaje mi się to całkiem trafnym stwierdzeniem. Granie często niechlujne i chaotyczne, pełne brudu i fałszujących śpiewów, które nazwali flower punkiem (tak, tak, kochają przećpaną psychodelę). Z czasem zaczęli iść w stronę bardziej melodyjnego, "czystszego" (choć równie zakręconego) grania, ale o tym może innym razem. Mnie najbardziej interesuje ich najbrzydsze oblicze. "We Dit Not Know..." to ich najostrzejsze, najbardziej pankowe (niekoniecznie gatunkowo) wydawnictwo, choć paradoksalnie (?) najbardziej spójne - no po zabójczo naspidowanej koncertówce "Los Valientes Del Mundo Nuevo", która na sto banków prędzej czy później się tu pojawi. Ale że nie taki diabeł straszny, nie bójcie się tu jakichś ekstremalnych czadów, bo to po prostu brzydko zagrany, hałaśliwy rokendrol i blues, z gratisowym pankrokiem tu i ówdzie. W każdym razie jest to 100% trash garage. Czy się wam spodoba czy nie - rozjebie wasze móżgi.
1. M.I.A. 2. Time Of The Scab 3. Down Of The Age Of Tomorrow 4. Nothing At All 5. 100 New Fears 6. Stranger 7. Juvenile 8. Notown Blues 9. Ghetto Cross 10. Jumpin' Around 11. Super X-13
No to się nazywa rock'n'roll! Po rozpadzie Oblivians, Greg Cartwright i Jack Yarber reaktywowali swoją pierwszą miłość, bluesrockowe Compulsive Gamblers. Jak się okazało - tylko na chwilę. A że nie ma tego złego, Cartwright założył następnie Reigning Sound kontynuujące właściwie muzykę Gamblerów, ale penetrujące bardziej rejony soul i country (akysz!). "Too Much Guitar" to płyta w dyskografii Reigning Sound wyjątkowa, bo będąca jednorazowym powrotem do ostrzejszego grania bliższego Oblivians, ale podanego w formie dużo bardziej przystępnej. Jest tu mnóstwo brudu i energii, ale nie hałasu i agresji. Piosenki są bardziej przebojowe i klasyczne (skojarzenia z np. MC 5), zamiast darcia ryja mamy zwykle ładne wokale, a całość jest bardzo spójna, pozbawiona obliviansowego chaosu. Pomijając kilka przystanków na rockowe ballady, ta płyta to jeden wielki energetyczny rozpierdol, szczególnie kończący ją punkowy "Medication" z szalonym pianinkiem w tle, którego nie da się nie pokochać. Get it!
1. We Repel Each Other 2. Your Love Is A Fine Thing 3. If You Can't Give Me Everything 4. You Got Me Hummin' 5. When You Touch Me 6. Funny Thing 7. Get It 8. I'll Cry 9. Drowning 10. Uptight Tonight 11. Exedrine Headache #265 12. Let Yourself Go 13. So Easy 14. Medication
A to trochę mniej znany zespół, choć chyba najbardziej zapracowany koncertowo. A na pewno warty poznania. Jak w Oblivians, mamy tu trzech muzyków zmieniających co chwilę swoje funkcje. I każdy preferuje trochę inny rodzaj muzyki, także utwory przez nich wykonywane różnią się gatunkowo. "Souls On Fire" to ich drugi album. Co ostrzejsze i brudniejsze utwory trochę odstają, ale ogólnie jest to bardzo spójna płyta. Płynnie przechodzi z przebojowego rock'n'rolla w garażowy blues czy nawet country i soul (spotkałem się z określaniem ich muzyki jako punk & soul). Sam country nie cierpię, ale tutaj nie mam większych zastrzeżeń - czasami tylko jest zbyt melodyjnie jak na mój zwyrodniały gust. Całość naprawdę przyjemna, szybko wpada w ucho i wydaje mi się idealna na rozkręcanie drętwych imprez.
1. Dead End Kids 2. Souls On Fire 3. It Ain't Enough 4. Don't Ya Leave Me 5. Hit Me 6. Keep Driving 7. Crack Whore Blues 8. Dolly 9. Superstar Chevrolet 10. You Can't Touch Her 11. Skronky Tonk 12. Art School Dropout 13. Love Ya Rock'N'Roll 14. Can't Drive You 15. Shouldn't Call Your Man A Fool 16. Gambling Fool
Kolejna klasyczna kapela. Tym razem mamy do czynienia z czterema pierdolcami, którzy zafascynowani starymi horrorami oraz surfem i garage rockiem lat 50. i 60., owinęli się w bandaże i przebojowe piosenki postanowili nagrywać w możliwie najbardziej obskurnych warunkach (zapewne niejeden grobowiec odwiedzili). Swoją energiczną muzykę określili mianem budget rocka, który to śmierdzi tanią whiskey, niskobudżetową grozą i spoconymi tancerkami go-go. Inna legenda sceny lo-fi, Billy Childish, miał ponoć powiedzieć, że The Mummies był jedynym garażowym zespołem jaki naprawdę pokochał. Byli i są, bo niedawno - ponoć pod naciskiem miliardów fanów - się reaktywowali. Przed wami ich sztandarowa płyta będąca brudną i niechlujną mieszanką niejednej odmiany rokendrola (połowa utworów to covery klasyków). My love for The Mummies is stronger than dirt!
http://www.themummies.com/
1. Your Ass (Is Next In Line) 2. Stronger Than Dirt 3. Little Miss Tee-N-T 4. Come On Up 5. Sooprize Package For Mr. Mineo 6. Rosie 7. Shot Down 8. The Ballad Of Iron Eyes Cody 9. Skinny Minnie 10. She Lied 11. Red Cobra #9 12. The Frisko Freeze 13. Justine 14. Mariconda's A Friend Of Mine 15. The Thing From Venus 16. Shut Yer Mouth 17. Jezebel