
Świeża rzecz wydana w barwach legendarnej wytwórni. Co tu dużo pisać, solidna porcja garage rocka.
1. Disconnection
2. 99 Victs

To ten singiel sprawił, że o Black Lips usłyszał cały świat indie rocka. No prawie cały. Dzięki przebojowej piosence o pewnym złośliwym huraganie, do ich drzwi zapukała telewizja. Ostatecznie flower punki w mainstreamie długo miejsca nie zagrzali - zbyt niegrzeczni, zbyt bezczelni, zbyt jebnięci. Zarobili trochę kasy i właściwie wrócili do garażu. Ale zostawili po sobie mocny ślad.
Kolejne popierdolone oryginały, których zabraknąć tu nie mogło. Ci niepozorni maniacy taniego alkoholu, palenia ganji, obnażania się i bicia między sobą na koncertach, to królowie współczesnego garage rocka. Mówi się o nich, że to nowe wcielenie The Germs i wydaje mi się to całkiem trafnym stwierdzeniem. Granie często niechlujne i chaotyczne, pełne brudu i fałszujących śpiewów, które nazwali flower punkiem (tak, tak, kochają przećpaną psychodelę). Z czasem zaczęli iść w stronę bardziej melodyjnego, "czystszego" (choć równie zakręconego) grania, ale o tym może innym razem. Mnie najbardziej interesuje ich najbrzydsze oblicze. "We Dit Not Know..." to ich najostrzejsze, najbardziej pankowe (niekoniecznie gatunkowo) wydawnictwo, choć paradoksalnie (?) najbardziej spójne - no po zabójczo naspidowanej koncertówce "Los Valientes Del Mundo Nuevo", która na sto banków prędzej czy później się tu pojawi. Ale że nie taki diabeł straszny, nie bójcie się tu jakichś ekstremalnych czadów, bo to po prostu brzydko zagrany, hałaśliwy rokendrol i blues, z gratisowym pankrokiem tu i ówdzie. W każdym razie jest to 100% trash garage. Czy się wam spodoba czy nie - rozjebie wasze móżgi.